czwartek, 10 października 2013

Geoff Holt- ten jeden dzień

Wyobraźcie sobie chłopaka, pełnego zapału i pasji. Ma 18 lat i na koncie trzykrotne przepłynięcie Atlantyku. Wieczorami przegląda mapy i marzy o kolejnych rejsach. Wciąż czeka na moment, kiedy znów będzie mógł wsiąść na łódź i popłynąć w nieznane. Pewnego dnia postanawia pójść na plażę. Z nieba leje się żar, jest piękna pogoda i nic nie zapowiada tragedii. Staje rozprostowany nad taflą, połyskującej w promieniach słońca wody. Napina mięśnie, przez chwilę podskakuje na czubkach palców. Gdzieś z oddali nadchodzi lekki wiatr, jakby chciał ostrzec go przed tym co może się wydarzyć. Chłopak podnosi ręce, po których spływają strużką krople wody. Następnie bierze głęboki oddech, odrywa gwałtownie stopy, skacze i po chwili z impetem uderza głową w piaszczyste dno. I w tym właśnie momencie wali mu się całe dotychczasowe życie, po którym zostają jedynie ślady mokrych stóp na drewnianym pomoście i dziesiątki pytań unoszących się w powietrzu. W ciągu kilku minut pojawia się karetka. Wszystko wokół wydaje się funkcjonować, jak dawniej. Z wyjątkiem chłopaka, który od tego momentu będzie musiał zacząć nowy etap i pogodzić się z tym, że prawdopodobnie do końca życia będzie częściowo sparaliżowany i skazany na wózek inwalidzki. Tym chłopakiem był Geoff Holt, dziś 47 letni żeglarz, który na koncie ma wiele sukcesów i uznanie wśród niepełnosprawnych sportowców. Wypadek wydarzył się w najpiękniejszym momencie jego życia. Miał świat u stóp, żeglował, planował kolejne rejsy. Jedna chwila zmieniła wszystko, ale nie odebrała mu siły do tego, żeby z nadzieją patrzeć w przyszłość.

O życiu po wypadku, marzeniach, rejsie przez Atlantyk i opłynięciu Wielkiej Brytanii rozmawiam z nim w październikowym JACHTINGU (10/2013) Polecam, a poniżej fragment wywiadu.






Michał Lachowicz: Jak zaczęła się Pana pasja do żeglarstwa?

Geoff Holt: Moją przygodę z żeglarstwem rozpocząłem w wieku ośmiu lat. Pamiętam jak ojciec czasami zabierał mnie w weekendy i na wakacje w rejsy. Jako szesnastolatek, po ukończeniu szkoły pracowałem przez pewien czas przy czarterowaniu jachtów, a przed osiemnastką miałem już na koncie trzykrotne przepłynięcie Atlantyku.

ML: W wieku osiemnastu lat miał Pan bardzo poważny wypadek i w wyniku skoku do płytkiej wody złamał odcinek szyjny kręgosłupa, czego skutkiem jest częściowy niedowład rąk i paraliż obejmujący ciało od klatki piersiowej w dół. Proszę przybliżyć naszym Czytelnikom to feralne wydarzenie, które wywróciło Pana dotychczasowe życie do góry nogami.

GH: To wszystko wydarzyło się bardzo szybko i niespodziewanie. Poszedłem tamtego dnia na plażę i po prostu, najzwyczajniej w świecie naszła mnie ochota na to, żeby skoczyć do wody na główkę. Podniosłem ręce do góry i skoczyłem. Wtedy wszystko się zmieniło. Uderzyłem głową w piaszczyste dno i złamałem kark. Uderzenie było nieprawdopodobnie mocne, gwałtowne, ale na początku nie odczuwałem bólu. Od tego momentu jestem sparaliżowany od klatki piersiowej w dół i jeżdżę na wózku inwalidzkim. Nie mogę też poruszać dłońmi, tylko częściowo rękoma.

ML: Ma Pan na swoim koncie wiele znaczących sukcesów. W 2007 roku został Pan pierwszym sparaliżowanym żeglarzem, który opłynął samotnie Wielką Brytanię. Jak zrodził się w Pana głowie pomysł na taką wyprawę. Jak wyglądały przygotowania?

GH: Kilka lat przed tą wyprawą, opłynąłem pewną wyspę niedaleko mojego domu. Pokonałem w sumie 60 mil. Pamiętam jak położyłem się spać i rano wcale nie czułem zmęczenia. Czułem się wypoczęty i nabrałem ochoty na kolejne 60. W taki sposób powoli zacząłem myśleć o opłynięciu Wielkiej Brytanii. W sumie cała wyprawa zajęła mi 109 dni, podczas których odwiedziłem 51 portów i pokonałem 1400 mil. To była najwspanialsza przygoda jaką kiedykolwiek przeżyłem w swoim życiu.




ML: Ma Pan na swoim koncie jeszcze inne bardzo ważne osiągnięcie. Na przełomie 2009 i 2010 roku przepłynął Pan solo Atlantyk, stając się pierwszym niepełnosprawnym żeglarzem z niedowładem czterech kończyn, który dokonał czegoś takiego. Podczas 28 dni spędzonych na oceanie pokonał Pan 2700 mil. Wyprawa miała początek na wyspie Lanzarote i zakończyła się w rejonie zatoki Cane Garden na Tortoli. Jak wspomina Pan te dni spędzone samotnie na swoim jachcie Impossible Dream?

GH: Jak wspomniałem, kiedy byłem bardzo młody jeszcze przed moim wypadkiem miałem okazję kilka razy przepłynąć Atlantyk. Potem przez wiele lat żyłem tymi wspomnieniami i za wszelką cenę chciałem ponownie doświadczyć tych niesamowitych emocji. Ten rejs diametralnie różnił się od wyprawy dookoła Wielkiej Brytanii. Było bardzo gorąco i psychicznie źle znosiłem rozłąkę, będąc daleko od domu i mojej rodziny.

ML: Jakich rad udzieliłby Pan młodym ludziom, którzy rozpoczynają swoją przygodę z żeglarstwem?

GH: Nie traktujcie na początku żeglarstwa jako czegoś, co przysłoni wam inne ważne sprawy. Po prostu miejcie do niego taki stosunek, jak do jazdy na rowerze. Dla niektórych ten sport staje się obsesją. Nie da się z nikogo na siłę zrobić dobrego żeglarza. To po prostu trzeba czuć sercem. Jeśli będziesz na lądzie z tęsknotą wypatrywał łodzi i czuł zew popychający cię w tamtą stronę, to wtedy instynktownie będziesz wiedział w jakim kierunku pójść dalej. 

www.jachting.pl



JACHTING (10/2013)





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz