czwartek, 9 października 2014

Smoki z Chinatown

Pamiętam moją pierwszą wizytę w Chinatown. Zapach ryżu, czerwone światła małych restauracji odbijające się w kałużach, chińską prasę porozkładaną na ulicy. Ogromne wrażenie zrobiły na mnie lampiony wiszące nad głowami przechodniów. Czasami tam zaglądam.

Tak jak wczoraj popołudniu w drodze na premierę filmu, kiedy nagle zobaczyłem taniec smoków.

Lubię takie niespodzianki, które dzieją się gdzieś po drodze. Dalego najlepsze rzeczy jakie przydarzyły mi się w Londynie były niezaplanowane :)


Chinatown wieczorem:





Premierowy Tydzień

Uwielbiam Londyn za to, że po 9 godzinach w pracy mogę pobiec do metra i po chwili przenieść się w zupełnie inny świat. Kiedyś mi niedostępny, a dziś na wyciągnięcie ręki :)

To był tydzień pełen wrażeń. Kolejne już niedługo, ponieważ końcówka roku to zawsze gorący zbiór plonów na filmowym polu. Najbliższe miesiące rozgrzeją mroźne chodniki przy największych londyńskich kinach.

Tak było wczoraj na deszczowej premierze filmu 'The Imination Game' na Leicester Square na której pojawili się m. in. Keira Knightley i Benedict Cumberbatch.

fot. Michał Lachowicz

Video z premiery:





Keira Knightley i Benedict Cumberbatch





Wtorkowa premiera filmu "The Rewrite" na której główną gwiazdą 
był Hugh Grant, wciąż z błyskiem w oku. Wspierała go 
Elizabeth Hurley.



Hugh Grant



Elizabeth Hurley



A w niedzielę w Mayfair na czerwonym dywanie pojawiły się 
Dakota Fanning i prawdziwa legenda włoskiego kina Claudia Cardinale.
Obie promowały tego dnia film "Effie Gray".

Caludia Cardinale podpisuje moje zdjęcie

Dakota Fanning


Na czerwonym dywanie

wtorek, 23 września 2014

Deszczowa noc

"Gwiazdy świecą po to, żeby każdy mógł pewnego dnia znaleźć swoją."
-  Mały Książe

Było przed dwudziestą londyńskiego czasu. Samolot powoli zniżał się do lądowania, a ja z przylepioną do szyby głową spoglądałem na światła Londynu i ciągnącą się jak wstęga Tamizę. Wiedziałem, że za chwilę wyląduję na jednym z największych lotnisk świata i kolejne miesiące, a może nawet lata spędzę w mieście milionów możliwości, czerwonych autobusów i znanego mi ze zdjęć Big Bena. 

Wciąż pamiętam tamten dzień i emocje, które mi wtedy towarzyszyły. I wiem, że czasami jeden krok potrafi zmienić bardzo wiele. Wielkie miasta przyciągały mnie od zawsze. W pewnym momencie poczułem, że to właśnie na Londyn przygotowało mnie całe moje dotychczasowa życie i postanowiłem postawić wszystko na jedną kartę. Nie była to łatwa decyzja, ale jak się okazało najlepsza jaką mogłem podjąć.

- Proszę zapiąć pasy, zbliżamy się do lądowania.

Wiedziałem tylko, że pierwszą noc spędzę w północno- wschodniej części Londynu, do której z Heathrow (południowy-zachód) jedzie się około dwóch godzin. Nie miałem pojęcia co przyniosą kolejne miesiące, jakich poznam ludzi, jak odnajdę się na studiach, gdzie będę mieszkał i gdzie będę pracował. Byłem jednak przekonany o tym, że nic nie dzieje się bez powodu i jak zawsze w 100% zaufałem mojemu wewnętrznemu głosowi.

Samolot wylądował kilkanaście minut przed ósmą. Pasażerowie zaczęli wyciągać swoje bagaże. Razem z podręczną walizką udaliśmy się z moim tatą w kierunku wyjścia. Stanąłem na progu schodów i przez kilka sekund wpatrywałem się w pojazdy transportujące nasze walizki. Było już ciemno więc zależało nam na tym, żeby jak najszybciej dostać się do celu. 

Odebraliśmy bagaż i szybko pobiegliśmy do metra. 

Stacja: Heathrow Terminals 123

Linia: Piccadilly line

Na przeciwko siedziały dwie Hiszpanki, które bardzo głośno rozmawiały, ochoczo przy tym gestykulując. Walizka chybotała się na wszystkie strony, tak samo jak moje oczy śledzące po kolei przystanki metra.

Na Green Parku zmieniliśmy linię na Victorię. 

Wysiedliśmy na stacji Walthamstow Central. Zastała nas chłodna, londyńska noc. Krople deszczu obijały się o płytę chodnika, tak samo jak znaki zapytania w mojej głowie. Wciąż pamiętam mijające nas co chwila czarne taksówki i neonowe napisy 'take away' znajdujące się na małych przydrożnych restauracjach.

Dzisiaj mija równo rok od mojego przylotu do Londynu i mogę spojrzeć na tę decyzję zupełnie innej perspektywy.

Do dnia dzisiejszego była to naprawdę niesamowita podróż. Bogata w niezliczoną ilość wydarzeń, ludzi, magicznych momentów, wsparta całym wachlarzem emocji, od tych fantastycznych po te trudniejsze, które otworzyły mi oczy na kolejne sprawy i jeszcze bardziej rozwinęły moje postrzeganie świata i samego siebie. Bo w życiu wcale nie chodzi o to, żeby zawsze było łatwo. Trudności należy traktować jako elementy drogi do spełnienia marzeń, a nie koniec świata. Dlatego tak często słyszę, że koloryzuję.

Gdyby ktoś poprosił mnie o wskazanie jednego słowa, które kojarzy mi się z Londynem, odpowiedziałbym- wspomnienia.

Wciąż pamiętam pierwszą wizytę na Piccadilly Circus, gdzie trafiłem na 30 urodziny pewnego trzydziestolatka, wspinaczkę na Monument- najwyższą wolnostojącą kolumnę na świecie czy magię premier filmowych. Nigdy nie zapomnę pierwszego wykładu, nocnych spacerów po centrum, wizyt w małych kafejkach w Soho czy spotkania z Celine Dion pod słynnym hotelem Dorchester w Mayfair.

Wciąż czuję też na skórze ten październikowy deszcz, który obijał się o mój parasol kiedy roznosiłem ulotki na Leicester Square. Jedyne co mi wtedy po tym pozostało to zdarte gardło, bo oczywiście nie dostałem za to ani funta :)

Biuro mieściło się na Covent Garden. Poszedłem tam pewnego wieczoru. Wejście znajdowało się w alejce przy bardzo luksusowym hotelu, która przypominała te znane z nowojorskich filmów. Takiej, z których nie ma ucieczki. Po obu stronach stały śmietniki, na które padało światło zamontowanych na ścianach latarni. Na samym końcu znajdował się magazyn, nieznany chyba hotelowym gościom. Tam czekały już na nas ulotki i czerwone koszulki, które wciąż widzę w tłumie kiedy przechodzę przez Leicester Square. Czekał tam już na nas nasz boss :)

- Z czym kojarzy się wam komedia?- wykrzyczał swoim tubalnym głosem.

- Muzyka!

- Śmiech!

- Rozrywka!

- Zabawa!

Akompaniował nam dźwięk żarówki zwisającej z obdrapanego sufitu.

- Comedy Club! 8 pounds with a leaflet!!- zachęcaliśmy przechodniów z całych sił.

Przechodziłem wczoraj przez Leicester Square. Już nie padało. Wciąż widzę ludzi w tych koszulkach, którzy roznoszą ulotki. I myślę, że każdy ma w Londynie swoją historię. Słyszałem ich wiele. I wiem, że czasami trzeba się sparzyć, żeby zrozumieć jak poruszać się w wielkim mieście, nauczyć się odróżniać to czym warto się przejmować od tego co nie jest istotne.

Tych wspomnień było tak wiele, że nie jestem w stanie ich wszystkich opisać. Myślę, że wielu z tych emocji nie potrafię i nawet nie chcę ubierać w słowa. Dlatego zachowam je dla siebie.

Jest 23 września 2014 roku. Siedzę właśnie w moim pokoju w północnym Londynie i niedawno wróciłem z metra. Mam dzisiaj wolny dzień więc wybrałem się na wieczorny spacer wzdłuż Tamizy, kończąc go przy Shardzie- najwyższym wieżowcu w mieście.

A pojutrze znowu pojadę do kafejki w parku, w której pracuję. Poprzecieram stoliki, zaparzę kilkadziesiąt kaw i jak zawsze kątem oka będę zerkać na samoloty nad nią przelatujące i już prawie lądujące na Heathrow.

Życzę Wam spełnienia marzeń i cierpliwości.

m.



środa, 17 września 2014

W metrze

Myślę, że wszystkie metra na świecie mają w sobie coś tajemniczego. Tym londyńskim podróżuję prawie codziennie już od roku i mimo, że większość podróży się od siebie specjalnie nie różni to za każdym razem, gdy przechodzę przez bramki mam takie przeczucie, że może wydarzyć się coś ciekawego.

Za dnia metro jest potwornie zatłoczone. Szczególnie w tygodniu, kiedy podróżuję wcześnie rano. Panuje wtedy ogromny ścisk i czasami wsiadam do pociągu dopiero za trzecim albo czwartym razem kiedy zwolni się trochę miejsca. Ludzie stoją w milczeniu, wsłuchując się w wypowiadane kolejno stacje. Jedni czytają gazety, drudzy słuchają muzyki. W powietrzu unoszą się ich historie, marzenia i niepewności. Czasami uda mi się nawiązać z kimś kontakt wzrokowy, wymienić uśmiech. Nie wiem skąd pochodzą, dokąd zmierzają. Zostają po nich tych puste miejsca, tak szybko zapełniane przez kolejną pasażerkę z torebką Prady albo chłopca w niebieskim mundurku.

Pamiętam mężczyznę z ogromną jaszczurką na ręku, która wpatrywała się we mnie groźnymi ślepiami wzbudzając postrach wśród pasażerów albo chłopaka, który na cały głos recytował poezję, czekając na platformie. Wiem też, że zawsze na Camden Town mogę spodziewać się kogoś ciekawego. 

Setki podróży, dziesiątki stacji metra, tysiące twarzy, miliony kroków.

Kilka razy ktoś zaintrygował mnie tak bardzo, że zdarzało mi się wsiąść do złego pociągu.

Dzisiaj poruszam się w metrze instynktownie. Nie patrzę już na strzałki. Wiem, na której stacji mam zmienić linię, jak skrócić sobie podróż, obliczyć jej przybliżony czas. Kiedy wpadam w tę kolejową sieć o łącznej długości 408 km wiem, że zanim dotrę do celu może wydarzyć się wszystko.

I zawsze słyszę ten szalony, świszczący wiatr, który pojawia się wraz ze światłem w tunelu. Ściskam wtedy trochę mocniej torbę, staję za żółtą linią i słyszę: Mind the gap between the train and the platform. 

I zawsze docieram do celu.

Nocą metro jest zupełnie inne. Jeszcze bardziej tajemnicze. Przyspieszony oddech jakby trochę zwalnia. Na metalowych ławkach siedzą samotni pasażerowie, trzymając w rękach papierowe torebki po jedzeniu z McDonalda, a pod ich nogami rzędami przebiegają myszy. Czasem gdzieś w oddali słychać przejeżdżający ambulans albo kółka walizki uderzające o schody. 

A potem znowu metro się budzi, a wraz z nim cały Londyn. 




Historia londyńskiego metra

czwartek, 11 września 2014

W hotelu Langham

Hotel Langham to tajemnicze miejsce na końcu Regent Street, w którym zatrzymywały się największe światowe gwiazdy. Udało mi się tam zakraść pewnego wieczoru i pospacerować jego korytarzami :)

fot. Michał Lachowicz













Video:



poniedziałek, 8 września 2014

Dover

Lubię czasami się zatrzymać. Nie słyszeć hałasu metra i krzyczących reklam. Spakować plecak i po prostu wyruszyć przed siebie. I tak też niedawno zrobiłem. Usiadłem wieczorem przy komputerze, żeby kupić bilet, chwyciłem w ręce przewodnik po Wielkiej Brytanii i postanowiłem pojechać w moją pierwszą podróż poza Londyn. Wybór padł na Dover, słynne portowe miasto z którego promy wypływają na cały świat. Najbardziej jednak chciałem zobaczyć białe klify, po których wspinał się Kordian. Nazajutrz wyruszyłem ze stacji Victoria.

Wysiadłem z autobusu i zapytałem się o drogę do klifów pewnej starszej kobiety. Tak poznałem Ann, która w przeszłości była przewodnikiem turystycznym i oprowadzała wycieczki po Dover. Nie mogłem trafić lepiej. Dzisiaj mieszka poza miastem, ale odwiedza tu bardzo często swoje dzieci. Oboje poczuliśmy na skórze lekki wiatr, który jakby zapraszał nas na spotkanie. Doszliśmy do miejsca, w którym zaczynała się plaża z niesamowicie lazurową wodą i kamienistym wybrzeżem. Słońce, które tamtego dnia wyraźnie zaznaczało swoją obecność odbijało się w lakierowanych łodziach pobliskiej mariny.

- Ann tu jest niesamowicie! W którą stronę mam iść, aby odnaleźć drogę do klifów?

- Widzisz ten biały budynek, tam na wprost? To tam zaczynają się najpiękniejsze widoki. Tutaj na górze klify porośnięte są lasami i są strome, przez co zamknięte dla turystów. Chciałabym cię tam zabrać, chciałabym żebyś dotknął klifów, poczuł kredę na swoich palcach. 

Bez zastanowienia ruszyliśmy. Przeszliśmy przez ruchliwą jezdnię.

- To minus Dover, powiedziała Ann. Okropnie zatłoczona autostrada. I spójrz na ten budynek, który tam bardzo przysłania widok na zamek. 

- Co tam jest?

- Jakiś biurowiec. 

- Wygląda podobnie jak budynki w Polsce w latach 70.

- Wiesz co Ann. To moja pierwsza podróż poza Londyn. Po raz pierwszy mogę tak naprawdę wziąć głęboki oddech i zobaczyć horyzont.

Zatrzymaliśmy się na chwilę. Ann chwyciła się drewnianej barierki.

- Pracowałam kiedyś w Londynie, ale zawsze byłam dziewczyną z tych stron. Zawsze chciałam tu wrócić. 

Po chwili Ann zaczęła opowiadać mi historię zamku z XII wieku, który unosi się na wzgórzu. Umieszczono go na pozycji strategicznej, tak aby można było strzec najkrótszej drogi prowadzącej z Wielkiej Brytanii na kontynent. 

- Pójdziemy teraz w kierunku miejsca, gdzie się poznaliśmy i tam pokażę ci początek drogi do zamku i na klify.

Po kilkunastu minutach uściskaliśmy się i każde z nas poszło w swoją stronę. I to był właśnie ten niezaplanowany moment, to jedno z wielu spotkań. Coś co w podróży lubię najbardziej.

Po chwili ruszyłem na klify. I tam już moim przewodnikiem był wiatr.

fot. Michał Lachowicz


Dover

Marina w Dover





Dover Castle